
Jak to bezpłatnie? Przecież to socjalizm. No ale fakt, w Norwegii rządzą socjaliści, więc jak nic ich gospodarka za chwilę popadnie w ruinę. Nie można przecież ludziom rozdawać za darmo czystych toalet z ciepłą wodą. To komunizm.
Więc jedziemy w górę, a raczej wspinamy się autokarem. Bo jemu się wydaje, że jest górską kozicą i pomyka w górę po skalistych serpentynach. W Polsce też są takie drogi, ale one najczęściej zatopione są w lesie, więc widzisz drzewa, a nie przepaść. A tam, gdzie coś widać, droga jest zazwyczaj prosta lub skręty są łagodne. A tu idą na ostro – autokar podczas skrętu, a skręca cały czas, gdyż droga wije się serpentynami, zawisa mordą nad przepaścią.
Ja miałem tego dnia pecha, że siedziałem przy oknie i wszystko widziałem z bliska, jak on co chwilę wjeżdżał w przepaść i zamiast wykręcić szybko, szybko i uciec, to jakby się zatrzymywał z wahaniem, zastanawiając się, czy ma jechać dalej, czy lepiej runąć w przepaść, i dopiero po chwili wykręcał majestatycznym łukiem.
Wolałbym, aby tego dnia padał deszcz i była mgła, aby nic nie było widać. Ale wtedy, kiedy nie było trzeba, robiła się piękna pogoda z błękitnym niebem i jaskrawym słońcem, a ołowiane chmury przemieniały się w radosne obłoczki ozdabiające ponure skały skandynawskich gór.
Więc złośliwie wszystko było widać do samego dna, a na dnie był fiord z zieloną wodą i zacumowanym przy brzegu olbrzymim białym „Titanikiem”. Zastanawiałem się więc, gdyby nasz autokar jednak zdecydował spaść, to dokąd byśmy się doturlali: zaczepilibyśmy się gdzieś po drodze na skale czy plusnęli w zieloną wodę fiordu i poszli na dno, a dno jest daleko, gdyż to był fiord, a nie zatoczka.
Zresztą nie tylko ja miałem takie filozoficzne przemyślenia, gdyż za sobą wciąż słyszałem religijne wykrzyki w stylu „Jezus Maria, Matko Boża”, całkiem jakbyśmy byli jakąś pielgrzymką do Compostelli. Jak trwoga to do Pana Boga.
Wreszcie jednak gdzieś się wspięliśmy, gdzieś dojechaliśmy i zatrzymaliśmy się w środku niczego, a wokół ponure góry. To chyba była Droga Orłów, a tam dalej Drabina Trolli. Więc po co tu my?
Drzwi autokaru się otwierają i był ten moment wahania: wysiadać czy lepiej zostać, bo nie wiadomo, gdzie nas wysadzą. Tu nie ma lekko. To nie Polska.
No ale nas wygonili, wysiadamy i wszystko tu jest: ławeczki, kosze na śmieci, bar i toalety. Jak Boga kocham, toalety w dużej ilości, z ciepłą wodą i całkiem bezpłatne.
Jak to bezpłatnie? Przecież to socjalizm. No ale fakt, w Norwegii rządzą socjaliści, więc jak nic ich gospodarka za chwilę popadnie w ruinę. Nie można przecież ludziom rozdawać za darmo czystych toalet z ciepłą wodą. To komunizm.
U nas jest wolny rynek, więc toalety to biznes i dlatego mamy brudne toalety po 10 zł. I to jedną, bo druga jest zamknięta. Ale dzięki temu Polska jest zawsze zieloną wyspą na mapie europejskiej gospodarki i się rozwija.
Idziemy dalej. Wspinamy się, ale nie po łańcuchach, tylko gładką drogą przygotowaną, z poręczami, po której mogą wjeżdżać wózki inwalidzkie. Więc idą ludzie niepełnosprawni, starzy i małe białowłose dzieci z psami. Jak Boga kocham, z psami!
Bo u nas nie wolno wprowadzać psów do parków narodowych, gdyż nasze troskliwe państwo bardzo chroni przyrodę przed ludźmi i zwierzętami. A tu jest całkiem odwrotne myślenie, bo ich prawo zabrania ograniczania dostępu ludziom do przyrody. Więc wszystko jest otwarte i dostępne.
Można wejść i wjechać wszędzie bez żadnych ograniczeń. Czasami na własną odpowiedzialność. Jak spadniesz, to spadniesz. Nasze państwo za bardzo nas kocha, aby na to pozwolić, a ich państwo ich nie kocha, więc się nie wtrąca.
Natomiast tam, gdzie państwo się wtrąca – to tworzy dobrze przygotowane szlaki dla każdego, aby mógł tam wjechać wózek człowieka niepełnosprawnego oraz mogły wejść dzieci z psami. Do przeszklonych punktów widokowych wiszących nad przepaścią w bajkowych miejscach. Każdy więc może doświadczyć cudów norweskiej przyrody.
Tak w Norwegii rozumiana jest polityka dostępności i integracji niepełnosprawnych.
A u nas jest rozumiana inaczej. Bo jeżeli jest nawet droga do Morskiego Oka – to nie wolno nią jeździć. Maszeruj więc przez las 20 kilometrów, zanim dotrzesz do stawu w górach.
Więc nasz kraj nie jest dla starych i słabych, jest dla silnych i młodych. A państwo nie jest od pomagania, ale od tworzenia zakazów, regulaminów, ograniczeń i karania mandatami tych, którzy złamali zakazy. Ktoś musi przecież nas pilnować.
A może to wcale nie tak, tylko Norwegów stać na to, na co nas nie stać. Bo oni mają ropę, a my musimy kupować F-35 w Ameryce. Taki los.
Dlatego u nas się myśli odwrotnie. Na przykład polityka włączająca w szkole. Jeżeli uczeń niepełnosprawny nie może wjechać na trzecie piętro, a państwa nie stać, aby zbudować dla niego podjazd lub windę – to niech cała klasa uczy się na parterze. To nic, że na trzecim piętrze jest pracownia chemiczna.
Ale to jest model polityki włączającej, że jeżeli niepełnosprawny nie może funkcjonować jak pełnosprawni, to zawsze możemy zmusić pełnosprawnych, aby funkcjonowali jak niepełnosprawni.
To ma sens.
Możemy ten szkolny model edukacji włączającej zastosować szerzej i powszechniej, na przykład w górach. Jeżeli nie stać nas na wybudowanie w górach takich ścieżek jak w Norwegii dostępnych dla każdego – to po prostu zamknijmy polskie góry dla wszystkich. Wtedy nikt nie będzie wykluczony. To będzie polityka inkluzywna na nasze możliwości. I kto jest lepszy?